Zaloguj się

login:
hasło:
zapamiętaj mnie | pomoc
logopeda.pl » W krainie smoków i smoczków
2012-07-15

W krainie smoków i smoczków

mgr Dagmara Kalczyńska, pedagog-logopeda
Lato. Wakacje. Upał. Relaks. Odpoczynek. Plaża, jezioro, morze, góry. Mnóstwo ludzi. Poubierane kolorowo, cudownie dzieci i widok kolorowych, mniej cudownych smoczków w ich buziach.

Co jakiś czas (zdecydowanie za dużo i za często!) dostaję wiadomość bądź telefon od rodziców dzieci, które są bardzo mocno zaprzyjaźnione ze smokami, smoczkami czy dydusiami. Dzieci te mają rok, osiemnaście, dwadzieścia miesięcy, dwa latka, a nawet trzy i cztery i oprócz gumowego przyjaciela przeróżne problemy z mową i gryzieniem! Temat smoczków ciągle obecny, cały czas aktualny, więc reaguję, choć kiedyś obiecałam sobie, że nie będę już więcej nim męczyć Was rodziców. To w końcu Wy jesteście rodzicami i to Wy zawsze podejmujecie wszelkie decyzje związane z Waszymi dziećmi, bo i Wy ponosicie potem konsekwencje tych decyzji. Lecz jak tu milczeć, gdy niemal codziennie w swojej pracy spotykam się z czymś, na co się nie zgadzam, czego nie akceptuję, czego kompletnie nie rozumiem, co jest całkowicie nie do przyjęcia zarówno przeze mnie, jak i przez większość specjalistów! Przerywam milczenie. Chcę mówić i pisać!


Po co smoczek? Dlaczego? Do czego?

Można kupić taki z motylkiem, kwiatkiem, namalowanym, słodkim zwierzaczkiem np. lewkiem. Może być duży, może być mały, może być w paski, może być w kropki. W przeciągu 0,10 sek. wyszukiwarka znalazła około 1600 000 wyników na jego temat! Rodzice mówią o nim „smoczuś”, „smok”, „dyduś”, „cycuś” i nawet nie chcę wiedzieć jak jeszcze. Lubią go z taką intensywnością, z jaką ja go nie lubię. Temat smoczka od zawsze wzbudza kontrowersje i dyskusje. Rodzice pytają: używać czy nie używać? Smoczek ma pewnie tyle samo przeciwników, co zwolenników. Znam rodziny, które traktują smoczek, jak uroczy, niezbędny gadżet, ozdobę. Tak jak kobiety zakładają apaszki, kolczyki czy bransoletki, a ojcowie mają w dłoniach kluczyki od samochodu, tak dzieciom funduje się ozdobę w postaci smoczka. Często zadaję rodzicom smoczkowych dzieci oraz paniom pracującym z dziećmi w przedszkolach pytania: po co, dlaczego dają swoim dzieciom smoczek? Odpowiedzi padają przeróżne. Większości lepiej nie powtarzać, nie rozpowszechniać. Mam czasem wrażenie, że kiedy pewnego, pięknego dnia na świat przychodzi zdrowy, cudowny, maleńki człowiek razem z nim w pakiecie na świecie pojawia się również smoczek. Rodzice bardzo często nie potrafią mi powiedzieć, dlaczego w wyprawce dla ich noworodka oprócz pieluch, kaftaników i rękawiczek niedrapek musi być miejsce dla smoczka. Sami tego nie wiedzą, ale kupują i mają, a jak już mają to korzystają. Zupełnie automatycznie, bezrefleksyjnie, można powiedzieć nawet „bezmyślnie”. I potem widzę zgrabne, piękne wózeczki, a w nich maleńkie zasmoczkowane, a może lepiej brzmi:  zakorkowane buźki. Tylko po co?


Jesteśmy ssakami…

Oczywiście, jesteśmy ssakami i odczuwamy potrzebę ssania. Badacze mówią, że jest to jeden z najsilniejszych odruchów bezwarunkowych decydujących o przeżyciu noworodka, rozwijający się z resztą jeszcze wtedy, kiedy maluch jest w brzuchu mamy. Gdyby nie on, dziecko nie nauczyłoby się ssać piersi! Około 6 – 7 miesiąca życia dziecka, odruch ten nie zanika jak uważają niektórzy, ale przekształca się i integruje się z innymi odruchami tak, by dziecko dalej mogło już nie tylko ssać, a żuć i gryźć – przejście od wyłącznie ssania do żucia i gryzienia to jest kolejny, naturalny etap rozwoju, więc dlaczego opóźniać go smoczkowaniem? Dzieci często i długo ssące smoczki generalnie później uczą się gryzienia, żucia, a przez to prawidłowego spożywania pokarmów, smoczek wetknięty w usta odbiera im wszelkie szanse. Oczywiście, jesteśmy ssakami… ale mimo to, osoby dorosłe, prawidłowo spożywające pokarm i bez wad wymowy nie potrafią ułożyć ust i języka do ssania tak, jak niemowlęta.


Gryzienie a mowa
Dlaczego wspominam tyle razy o żuciu i gryzieniu? Jestem logopedą, więc czemu toczę bój o żucie i gryzienie? Ponieważ, aby głośno, wyraźnie, poprawnie mówić, dziecko musi wpierw wyćwiczyć mięśnie, te same, które są odpowiedzialne za żucie, gryzienie, otwieranie i zamykanie ust, chwytanie wargami i przesuwanie pokarmu w ustach. Jeżeli dziecko będzie miało problemy z żuciem i gryzieniem, jeżeli funkcje te będą opóźnione, to opóźniona będzie też mowa. Ktoś kiedyś nawet powiedział: „pokaż mi jak jesz, a ja ci powiem jak mówisz”.

Zgadzam się jak najbardziej z poglądem niektórych logopedów, że w niektórych przypadkach smoczek jest niezbędny. Są wtedy przepisywane dzieciom specjalne smoczki terapeutyczne, które stosuje się ściśle według zaleceń specjalisty, jak każdy przyrząd rehabilitacyjny. Jest to jedyne uzasadnione użycie smoczka.
   
A wiedzieliście Państwo o tym, że przyjaźń ze smoczkiem prowadzi do zapalenia ucha? Badania pokazują, że ssanie smoczka o ok. 40 procent zwiększa szansę na problemy z zapaleniami ucha.

Za każdym razem, kiedy spotykam ponad roczne, zdrowe dziecko – obojętnie, czy zaprzyjaźnione przy okazji kawy z jego mamą, czy na zajęciach logopedycznych – i ma ze sobą smoczek, zawsze najpierw pytam, co jest przyczyną, czy są jakieś przesłanki i zalecenia medyczne do używania smoczka. Jeżeli nie ma takich wskazań, to później tłumaczę opiekunom dlaczego tego smoczka ich dziecko nie powinno mieć. A potem czekam na decyzję rodziców. I mało kiedy zdarza się, żeby po tych często długich rozmowach przyjaciel smoczek nadal pozostawał w domu. Za co jestem ogromnie wdzięczna wszystkim rodzicom, z którymi pracowałam i pracuję. Z tym przyjacielem zazwyczaj dość szybko odchodzi część problemów z karmieniem dziecka, jego usypianiem, uspokajaniem, rozwojem mowy… i chociaż „tracę potencjalnych klientów logopedycznych”, a więc i pieniądze, bo problemy niemal z dnia na dzień same znikają, to się cieszę, że widzę dzieciaczki, które odkorkowane mają szansę wesoło gaworzyć i poznawać smaki świata gryząc, żując i smakując wszystko na około. Wolę je widzieć gaworzące z mamami i zajadające się samodzielnie bułkami i nie zarobić nic, niż zignorować kwestię smoczków i widzieć je u siebie czy znajomych po fachu na zajęciach logopedycznych.


Żegnaj smoczku!
Jak odzwyczaić dziecko od smoczka? Uważam, że nie ma co robić „cyrków” i „przedstawień” pt. „ojejku, co my teraz zrobimy, jak nie będzie smoczka?” albo rodzinnych uroczystości, bali i pożegnań. Czym więcej się „kombinuje”, tym trudniej przejść do faktycznego działania. Z moich obserwacji wynika, że to najczęściej rodzice bardziej potrzebują smoczka (niestety, niestety!) i to im on bardziej się przydaje, aniżeli maluchom. Dlatego ja go często nazywam po prostu „korkiem”. Czymże jest korek? Niczym innym jak zatyczką. I tak samo jest ze smoczkiem. Jest on korkiem, który zatyka maleńką buzię dziecka, która powinna dużo mówić, wiele opowiadać, głośno i radośnie śmiać się. Kiedy po ośmiu albo dziesięciu godzinach ciężkiej pracy człowiek wraca do domu, marzy o dobrej kolacji, która najlepiej gdyby czekała gotowa, o gorącej kąpieli albo szybkim prysznicu i spaniu, a tu stop – jest jeszcze dziecko, które pyta, zagaduje po swojemu, zaczepia, chce, by je wziąć na ręce, przytulić, itd. Więc co robicie drodzy rodzice w takim momencie? Oczywiście, wkładacie dzieciom do buzi smoczek… korek. Jeżeli w dodatku maluch zaczyna płakać to automatycznie z rąk rodziców wędruje w kierunku buźki dziecka, jedyny (zdaniem rodziców) ratunek: smoczek… korek. Pewnie, że nie wszyscy rodzice tak robią – nie można generalizować. Osobiście znam domy, w których wieczorami bardzo dużo czasu poświęca się na wspólne, rodzinne rozmowy o minionym dniu, opowiadaniach, co ciekawego i ładnego widziało się na spacerze, a do tego czyta się codziennie kilkanaście stron ulubionych książek, o których się jeszcze potem opowiada. W tych domach rzadko kiedy spotkałam się z moim nieprzyjacielem o imieniu Smoczek (alias Korek), ale nawet jeśli jest, to zazwyczaj wisi sobie smętnie, sporadycznie zajmując uwagę kogokolwiek. Jednak znam też rodziny, gdzie rodzice już na progu przedszkola, w chwili, kiedy dziecko je opuszcza i wraca do domu, wręczają swojemu dziecku smoczek zamiast pytać o miniony dzień, np. o to, czym dziecko się bawiło, co widziało na spacerku, chcą mieć po prostu spokój.

Niektórzy rodzice protestują przed „odsmoczkowaniem”, odsuwają wszelkie logiczne argumenty i bagatelizują zagrożenia. Mówią: „Ależ dziecko samo dokonało takiego właśnie wyboru – wskazało na smoczek dłonią domagając się smoczka, by później miętolić go namiętnie w ustach aż do upadłego”. Proszę zastanowić się, ile w takim zachowaniu dziecka jest jego autentycznej woli, a ile rezultatem wcześniejszego trenowania go przez rodziców i efektem działania silnego odruchu bezwarunkowego ssania, przed którym nie może się powstrzymać... aż do upadłego.

Wracając do rozstania ze smoczkiem, rodzicom, z którymi pracuję zawsze proponuję krótkie i szybkie rozwiązania, z doświadczenia wiem, że są one skuteczne. Jeżeli mamy do czynienia ze zdrowym, fajnie rozwijającym się np. roczniakiem, którego rodzice w pewnym momencie zaprzyjaźnili ze smoczkiem, a roczniak ten powinien teraz już żuć i gryźć, proponuję wybrać dobry moment, czyli chwilę, kiedy dziecko jest pogodne, radosne, w dobrej kondycji i po prostu zabrać dziecku smoczek z buzi i oczu, odwracając jego uwagę czymś zdecydowanie ciekawszym, czyli dosłownie wszystkim innym. Można dać dziecku jakiś mały prezent, upominek, ale absolutnie nie na zasadzie szantażu czy przekupstwa. Jeżeli rodzice nauczyli malucha zasypiać ze smoczkiem, to jest duże prawdopodobieństwo, że przez kilka dni po jego zabraniu (choć niekoniecznie) dziecko będzie się domagało swojego towarzysza (siła „nałogu”). Jednak w żadnym przypadku nie można dać dziecku smoczka. Jeśli go zabraliśmy, to już nie może wrócić. Dlatego najlepiej po prostu wyrzucić wszystkie smoczki. W „odsmoczkowywaniu” (czyli pewnego rodzaju „odwyku” od pierwszego w życiu szkodliwego nałogu) wyrzucenie smoczków ma również znaczenie dla rodziców, którzy nie mają po co sięgnąć w chwilach swej słabości.

Podsumowując. Rodzice i inni bliscy towarzysze naszych małych skarbów: aby zostać świetnym kolarzem, oprócz posiadania roweru, trzeba jeszcze na nim najpierw nauczyć się jeździć, a następnie jeździć, trenować coraz więcej i więcej; żeby zostać znanym, dobrym malarzem, najpierw trzeba zapoznać się z pędzlami, farbami, a potem spędzić wiele czasu, malując – im wcześniej się zaczyna, tym większe szanse na dobre rezultaty, im mniej osób i rzeczy przeszkadza, tym lepiej. Analogicznie jest z mową: aby rozwijała się prawidłowo, trzeba jej trochę w tym pomóc, albo chociaż nie przeszkadzać, a im wcześniej dziecko dostanie szansę na mówienie i zacznie ćwiczyć, tym lepsze będą rezultaty. Co z tego, że mamy mięśnie czy narządy artykulacyjne, musimy ich jeszcze w sposób odpowiedni używać, a w razie potrzeby stymulować i wspomagać ich rozwój. Dlatego też rodzice nie powinni zaprzyjaźniać dzieci ze smoczkami, które zatykają usta, przytrzymują płasko języki, hamują rozwój umiejętności niezbędnych do mówienia, bo to tak, jakby kolarzowi zakładano kwadratowe koła, a malarzowi skuwano ręce za plecami. Jak dziecko, które ma non stop smoczek w buzi ma prawidłowo wymówić głoski, które wymagają pionizacji języka? Nie jest to możliwe. Dzieci powinny gryźć i żuć, a często obserwuję, że „dydusiowe dzieci”, to również te karmione bardzo długo piersią i płynnymi pokarmami podawanymi butelkami ze smoczkiem. Bardzo dokładnie pamiętam pewną rozmowę z mamą dwudziestomiesięcznego chłopczyka, który nie potrafił gryźć. Mama nie widziała żadnej zależności między podawanymi przez nią papkami w butelkach przez smoczek a problemami z gryzieniem dziecka. Otworzyła buzię z niedowierzaniem, że dziecko dwudziestomiesięczne to dziecko, które powinno jeść i gryźć już wszystko – w dodatku samodzielnie. Jak podaje chociażby Zawitkowski w swojej książce, badania z 2009 roku przeprowadzone przez chilijskich naukowców, wyraźnie pokazują, że ssanie smoczka do trzeciego roku życia ma bezpośredni wpływ na powstawanie zaburzeń artykulacyjnych. Takich badań jest wiele, praktyka otwartych na wiedzę specjalistów również potwierdza to, o czym pisałam w tym artykule. To są badania, fakty, jednak decyzja, jaką drogę wybierzecie, czy dacie dziecku smoczek czy też nie, należy nie do logopedów, pediatrów czy psychologów, tylko do Was drodzy Rodzice.


Image: www.freedigitalphotos.net

Komentarze



Zaloguj się, aby dodać komentarz